W grudniu jest u fryzjera piekło! Mnóstwo pracy jaką przynoszą nam święta, daje sporo satysfakcji. Bo w Polsce jest tak, że na Boże Narodzenie trzeba się zrobić. No i fajnie. Ja się cieszę. Ale często się cieszę, więc nie jest to nic wielkiego.

Mimo tego nadmiaru zajęć, które objawiają się wracaniem czasami o pierwszej, czy drugiej w nocy do domu, znalazłem czas, żeby napisać kolejny felieton. Tym razem na zamówienie.

Jak zapewne zauważyliście, staram się poruszać różne tematy. Większość wynika z moich rozmów z klientkami i ich zapytań. Stąd się brały tematy. Ten artykuł wyraźnie piszę na zamówienie.

Nie wiem, czy wiecie że czyta moją stronę na prawdę dużo osób i najwięcej zapytań jest o to, jakich kosmetyków używam i które lubię najbardziej.

Więc nie pozostaje mi nic innego, jak je przedstawić odpowiadając na wasze zapytania.

W tym roku najpopularniejsza jest objętość, więc nikogo chyba nie zdziwi, że używam w salonie wiele kosmetyków właśnie o tym przeznaczeniu. Uwielbiam szampon Tigi volumne, szczególnie ten z sarii Catwalk ma fenomenalny zapach. Całą seria jest fajna, ale szczególnie często sięgam po szampon, odżywkę i ostatnio po nabłyszczacz.

Nie spotkałem jeszcze klientki, która nie zachwyciłaby się ich zapachem.

Na równi stawiam też produkty Chi marki Farouk Systems. Ich szampon, odżywka, to majstersztyk. Połączenie fenomenalnego zapachu i co ważne rzeczywiście działają! Ale to nie koniec. Z tej samej serii Chi, korzystam z płynu zwiększającego objętość. Zastępuje piankę i powoduje, że włosy są puszyste i odbite od nasady, a nie obciążone i delikatne i puszyste. Stosuję go zamiast pianki za każdym razem, kiedy wyczesuję włosy w sposób swobodny.

To jest zaskakująca seria, bo z niej również używam lakieru. Też z serii zwiększającej objętość Chi. Najbardziej mi pasuje. Jest suchy, więc pozostawia sztywne i odbite włosy zaraz po aplikacji. Nie trzeba do tego czasu, ani suszarki. Kiedy go się przeczesze, znika nie pozostawiając sztywnego śladu.

Z Tigi nie rozstaję się z woskiem w płynie z serii Rockaholic. Jest świetny do długich włosów. Zbiera pasma nie obciążając ich i nie sklejając. Można więc wyselekcjonować pasma rozdzielić je i pozostawić świeżymi. Nie pamiętam jego firmowej nazwy. Jest w czerwonym opakowaniu z aplikatorem w sprayu z atomizerem.

Przy suszeniu korzystam z fluidów wygładzających włosy. Czasami razem z płynem zwiększającym objętość, czasami tylko fluid. Albo Styling Potion z firmy z-one concept, albo Small Talk z Tigi. Jeden i drugi to bardzo podobny produkt, bo z-one inspirowało się wyraźnie udanym produktem konkurencji.

Jest to coś pomiędzy fluidem, żelem a gumą. Odbija włosy od nasady, a ogarnia końce. Co bardzo ważne daje puszystość i objętość, a przeciwdziała puszeniu. Inną funkcją jest zaklejenie łuski włosowej, co powoduje że włosy nie oddają i nie chłoną wilgoci. Czyli mówiąc prościej nie odkształcają się.

Do włosów krótkich świetna jest biała kula z z-one concept. Kształt opakowania i jego kolor wyraziłem nazwą produktu. Tak na prawdę produkt nazywa się inaczej, ale jeśli będziesz go szukać, każda osoba znająca ich produkty będzie wiedziała o co chodzi.

Jest to matowy klej do włosów. Zbiera włosy do kupy, silnie usztywnia i powoduje, że sterczą. Nie skleja ich jednak i nie daje przesadnego połysku. Jest bardzo trwały i co ważne nadaje się tak samo włosów cienkich i delikatnych, jak i grubych i opornych.

Pozostaje opowiedzieć jeszcze o nabłyszczaczach. Nie ma jak piękny zdrowy połysk na włosach. Szczególnie długich. Pielęgnacja i inne produkty ze stylizacji nie zawsze dadzą pożądany efekt. Może tak być, że nie da się opanować włosów w inny sposób jak nabłyszczając specjalnie do tego przeznaczonym produktem. Jeden z nich już wymieniałem, z Catwalka Tigi, poza tym uwielbiam z S Factor Shiny happy people – tu pamiętałem nazwę. Najpierw pachnie miętą, potem wiśniami i na końcu czekoladą. Taki efekt uzyskują zamykając aromaty w kapsułkach o różnym czasie uwalniania.

Jest też wspaniały produkt firmy Fudge. Ich nabłyszczacz ma najnowocześniejszą technologię. Nie będę wdawał się w szczegóły, ale efektem jest to, że połysk jest niesamowity bez obciążenia włosów. Daje bardzo ładny efekt a nie trzeba go dużo.

Sam osobiście używam białej glinki na przetłuszczanie firmy z-one concept. Nakłada się ją na dwie, trzy minuty po myciu i potem spłukuje. Po trzech tygodniach można zapomnieć umyć głowę. Działa na prawdę. Nazywa się normalising clay hairwash.

Używam też mezoterapii bezigłowej. Stymuluje porost włosów i poprawia ich odrost. Mam delikatne i rzadkie włosy, więc jest to produkt dla takich osób, jak dla ja. Rewelacyjnie stymuluje porost, łatwo się aplikuje i rzeczywiście widzę efekty. Chodzi o produkt nazywający się Dermaheal, Anti Hair Loss. Nie spodziewał bym się buszu w stylu świętej pamięci Violety Villas, ale jako osoba próbująca różnych produktów na wypadanie, jestem wyraźnie zadowolony.

Oczywiście łatwo zachwycać się wyselekcjonowanymi produktami przeznaczonymi dla fryzjerów. Dużo trudniej znaleźć coś wśród popularnych kosmetyków. Te produkty, o których opowiedziałem powyżej, to efekt kilku lat profesjonalnych poszukiwań.

Stąd mój pomysł, żeby przeprowadzać testy różnych produktów. Oczywiście efekty opiszę. Ciekaw jestem, tak samo jak zapewne Wy, czy rzeczywiście wygrają produkty profesjonalne, czy przypadkiem nie znajdę faworyta wśród produktów ogólnie dostępnych.

Test będzie polegał na tym, że użyję produktów dostępnych w popularnych sieciach oraz hurtowni fryzjerskiej. Następnie mój współpracownik pozakleja opakowania i za pomocą ślepej próby poopisuję doświadczenia związane z ich zastosowaniem.

Rozpocznę od pianek do włosów, które niezwłocznie po testach opiszę w następnym felietonie.